czwartek, 11 czerwca 2015

Prolog.

- Już niedługo przeżyjesz wspaniałą przygodę! – Wykrzyczała wręcz podniecona wróżka. Clarie z zażenowaniem opuściła wzrok na cztery karty rozłożone na stole. Widziała je, ale kompletnie nic jej to nie mówiło. Spojrzała jeszcze raz na spokojniejszą już kobietę i znów na karty. Powoli zaczynała się zastanawiać, czy starsza pani niczego przypadkiem nie brała. Przecież to nienormalne by smok, korona, dwa miecze i jakiś symbol (wyglądający jak zodiak bliźniaka) zwiastowały „wspaniałą przygodę”.
Chociaż, może to ona miała słabą zdolność dedukcji. Zadumała jeszcze chwilę próbując odnaleźć w tym wszystkim większy sens. W końcu zrezygnowała i z głośnym westchnieniem uderzyła o oparcie krzesła. Na ustach pojawił się serdeczny uśmiech.
- Dziękuje, na pewno ma pani racje. – Po czym rzuciła kilkoma papierkami zwanymi pieniędzmi i już jej nie było. – Ostatni raz. – Powiedziała wdychając chłodne powietrze na dworze i wydychając ciepłe, które stworzyło mały dymek. Rozejrzała się po smutnym i zabieganym mieście, gdzie dźwięk klaksonu był czymś normalnym. Gdzieś tutaj miałby być smoki, miecze i korony? Chyba tylko jakby sobie narysowała. Dorzuciłaby jeszcze księcia na białym koniu z workiem pieniędzy. Ładny domek na jakimś wzgórzu i z ładnym widoczkiem. Psa, kota, rybki i konie. Jakieś ładne dzieci.
Zatrzymała się przed znaną jej kawiarnią, mimo że w kieszeni wyczuwała pustki, weszła do środka. Były godziny popołudniowe, także ruch był dość niezły. Wtedy właśnie przydawała się jej umiejętność nabyta przy szkolnym sklepiku. Rozpychanie ludzi łokciami opanowała do perfekcji i po kilku sekundach znalazła się przy barze. Za nim stała czarnowłosa dziewczyna, ubrana w poplamiony kawą biały fartuch z nazwą kawiarni wyszytą na piersiach. Z tacką na której stały papierowe kubeczki wypełnione gorącą kawą podawała je czekającym klientom z serdecznym uśmiechem. Clarie podziwiała ją za to, że potrafiła odpowiedzieć zirytowanym i złośliwym facetom środkowym palcem, nie przestając się przy tym uśmiechać.
- Matko Clarie nie patrz tak na mnie bo nie wiem czy się śmiać czy płakać. – Odparła odkładając już pustą tacę na szafkę i ściągnęła przez głowę fartuch. – Maddie, zmiana! – Rzuciła lekko uchylając drzwi od zaplecza i po chwili wyskoczyła przez blat do niższej koleżanki. Na miejsce czarnowłosej przyszła lekko nieogarnięta i trochę nieśmiała brązowowłosa w okularkach z okrągłymi oprawkami.
- Też cię dobrze widzieć Sam. – Clarie uśmiechnęła się promiennie. Obie ruszyły w kierunku drzwi, ponieważ tłok i hałas w środku nie pozwalał nawet normalnie porozmawiać.
- Po twojej minie wnioskuje, że odwiedziny Serinny nie były zbyt udane. – Zachichotała opierając się o ścianę i skrzyżowała ramiona. Clarie wywróciła oczami.
- Błagam, nigdy więcej. Brakowało tylko, żeby zaczęła mi wmawiać, że spotkam wysokiego bruneta. – Powiedziała. Sam próbowała zdusić w sobie histeryczny chichot. Została za to uderzona w tył głowy, co nie było takie łatwe. Claire była jedną z najniższych dziewczyn w szkole. Powinno być to w pewnym sensie urocze, ale do tej pory nie słyszała by jej to ktoś powiedział. Nie dziwiła się, w szkole bała się nawet odezwać do znajomych ze swojej klasy. Gdyby nie Sam, nie miałaby tak naprawdę nikogo. To dzięki niej poznała jeszcze dwójkę swoich najlepszych przyjaciół i wspólnie tworzyli zgrany zespół. Czarnowłosa uderzyła ją lekko w ramię, całkowicie wytrącając z zamyślenia. Jej twarzy przybrała poważnego wyrazu.
- Nic się nie dowiedziałaś, prawda? – Zapytała z nieukrywanym zmartwieniem.
- Ona jest psychiczna i ja nie chce być wredna, ale, litości. Pytam ją o coś zupełnie innego, a ta mi wyskakuje z tekstem o wspaniałej przygodzie. – Ze złością ścisnęła palce w pięści. Sam odwróciła wzrok, widać było, że czuła się niezręcznie. W końcu to ona poleciła Clarie, by odwiedziła tą całą wróżkę.
- Nie przejmuj się. – Powiedziała Clarie lekko się rozluźniając. Sam otworzyła usta by coś powiedzieć, ale jedyne co zrobiła to popatrzyła bezradnie na przyjaciółkę. – To jest dość ważne, ale nie najważniejsze. Prędzej czy później i tak się dowiem. – Sam obserwowała ją w milczeniu, marszcząc brwi, a potem podeszła do niej i objęła.
- Oby to „potem” nie przyszło za późno. – Powiedziała i w tym samym momencie usłyszała krzyk szefa, który miał żal do dziewczyny, że zostawiła niedoświadczoną pracownicę z tyloma klientami. Sam zostawiła przyjaciółkę posyłając jej machnięcie dłonią i ruszyła do środka rzucając pod nosem jakieś wyzwiska w stronę pracodawcy.
Samantha była starsza od niej o dwa lata. Skończyła już dawno szkołę i mogła spokojnie mieszkać sama. Zazdrościła jej, też chciałaby mieć już własne mieszkanie, nawet jeśli tylko wynajęte.
Nienawidziła atmosfery panującej w miejscu, które nazywała „domem”. Było mrocznie, smutno i każdy musiał pilnować się z tym jak chodzi, czy mówi. Wszystko miało być jak w zegarku. Mogło to być przez to, że osób było wiele i ciężko było wszystkich ogarnąć przez tylko kilka opiekunek.
Myśląc o tym nawet się nie spostrzegła kiedy stanęła pod wielkim, biało-pomarańczowym blokiem. Osiedle, na którym właśnie była składało się tylko z takich bloków. Na zewnątrz otoczone było żywopłotem z dziurami, zrobionymi przez dzieciaki. Na rogach prowizorycznego ogrodzenia znajdowały się cztery fontanny, które w nocy świeciły różnokolorowymi światłami. Kiedy ruszyło się brukową drogą w głąb ustawionych bloków dało się dojść do drewnianego, małego zamku, który miał być placem dla dzieci. Dzieciaków nie widziała tu nigdy, tylko koty rozłożone na dachach budynków i wygrzewające się w słońcu. Nie chciała nawet wiedzieć, jak zwierzaki potraktowały piaskownice obok. Jedynym bezpiecznym miejscem były dwie huśtawki, całe pomazane flamastrami. Przez większość czasu starano się walczyć z chuliganami, ale przestali widząc, że nie daje to żadnych efektów. Clarie usiadła, machając nogami i czując ulgę. Odniosła wrażenie, że jest obok domu, chociaż oczywiście to nie był jej dom, i zaczynało do niej docierać, że jej domem chyba nie może się stać. Nie pasowała tutaj. Nie mogła sobie wyobrazić siebie mieszkającej w jednym z tych apartamentowców. Może i plac zabaw i ogrodzenie nie zachwycało, ale wystarczyło popatrzeć na zadbane bloki, a nawet i przez wielkie okna do środka mieszkań. Od razu było wiadome, że nawet jakby oszczędzała wspólnie z Sam przez całe życie, zebrałyby tylko połowę kwoty za sam wynajem. Odepchnęła i zaczęła się lekko bujać. Nagle poczuła czyjeś dłonie na plecach i została mocno popchnięta. Cała huśtawka mocno się zakołysała, a z jej piersi wyrwał się cichy pisk.
- Nienawidzę was! – Wrzasnęła mocno zaciskając palce na metalowych łańcuchach. Słyszała dwie znajome osoby, turlające się za nią ze śmiechu.
- Daj spokój Clarie. – Powiedział wciąż rozbawiony chłopak. Miał brązowe, nierówno wycieniowane włosy. Był starszy, znaczy starszy od niej. Miał osiemnaście lat, czyli w wieku Sam. Kiedy huśtawka się zatrzymała zeskoczyła z niej jak poparzona, zanim znowu wpadli na świetny pomysł rozhuśtania jej. Nienawidziła wysokości. Ciężko odetchnęła uspokajając swoje drżące ze strachu nogi i wyprostowała się. Spojrzała w stronę Setha, spory facet. Dość wysoki, żeby poczuła się jeszcze bardziej miniaturowa niż zwykle. – Zawsze tak mówisz. – Zaśmiał się mierzwiąc jej włosy.
- Ekhem… - Odchrząknął stojący obok nich Xavery. – Zapominacie się. Znowu. – Wymamrotał lekko poddenerwowany. Był blondynem, włosy miał ostrzyżone mniej więcej jak Seth. Nie był jednak tak postawny, ani muskularny, chociaż na oko tak samo wysoki. W odróżnieniu od Setha, Jakie nie miał na sobie czarnej bluzy, a zwykły t-shirt oraz koszulę w kratę. Oboje mieli granatowe dżinsy. W oku Setha Clarie dostrzegła błysk. Podszedł do chłopaka i zarzucił mu ramię na szyje.
- Nie bądź zazdrosny, znajdę czas i dla ciebie. – Zachichotał. Xavery się skrzywił i gwałtownie go odepchnął.
- Skończ z tymi tekstami! Wszyscy biorą nas za parę gejów, obrzydliwe. – Warknął zaciskając palce w pięści. Seth widocznie się tym nie przejął, bo znowu zaczął się głośno śmiać. Można było wierzyć lub nie, ale ta dwójka była braćmi. Co śmieszniejsze, bliźniakami. Pomijając fakt, że w ogóle nie widać było między nimi podobieństwa, różnili się od siebie charakterami. Seth był raczej energiczny, zawsze rozbawiony, ale i czasem poważny kiedy chodziło o obronę bliskich mu osób. Xavery… to Xavery. Był szczery do bólu, nie często się uśmiechał, a jego ulubionym tekstem było „wszyscy spłońcie”.
Obserwowała ich i im dłużej słuchała ich kłótni miała ochotę odejść z wielkim zażenowaniem wypisanym na twarzy. Czasami miała wrażenie, że robią to specjalnie, tylko po to by musiała się wstydzić.
- Stary, sam chciałbym mieć takiego zajebistego brata jak ja. – Odparł Seth przeczesując włosy. Widziała jak Xavery udaje, że wymiotuje.
- I niegrzeszącego rozumem. – Seth pokazał mu środkowy palec.
- Separacja. – Powiedziała ni stąd ni zowąd Sam, która rozdzieliła dwójkę chłopaków. – Weźcie kiedyś ten rozwód, okej? – Rzuciła, a oboje jak dzieci pokazali jej język.
- Już skończyłaś prace? – Zapytała Clarie, zmieniając temat. Sam podrapała się z tyłu głowy.
- Można tak powiedzieć.
- A jaka jest prawda? – Xavery skrzyżował dłonie na piersi.
- Zwolnili mnie. – Zachichotała. Reszcie jednak nie było do śmiechu. Czarnowłosa zagryzła wargę widząc niezadowoloną twarz blondyna.
- Dobrze szło. – Wywrócił oczami przypominając sobie radość dziewczyny, zaledwie kilka miesięcy temu, z powodu dostania pracy. – A jaki był powód? – Przeniósł wzrok na nią, ale zauważył, że Sam dziwnie zamilkła, spojrzała na własne buty.
- Sam? – Seth dotknął jej ramienia, ale dziewczyna odtrąciła jego dłoń. Odwróciła się na pięcie, plecami do przyjaciół. Jej ramiona uniosły się delikatnie do góry kiedy nabrała powietrza w płuca, po czym głośno je wypuściła.
- Nie chce o tym teraz rozmawiać. – Powiedziała zniekształconym głosem. Clarie widziała, jak zakrywa dłońmi twarz. Nie pierwszy raz wiedziała jak Sam płacze, ale teraz było jakoś inaczej. Ona nie była typem dziewczyny, która płacze byle gdzie i przy wszystkich.
Xavery zamyślił się, przyglądając się jej. To był taki facet, że widać było po nim wyraźnie, że myśli. Trochę to było przerażające, to całe skupienie, ale pewnie wcale nie zamierzał jej przerazić. Było w nim coś takiego…dorosłego. Był taki pewny siebie. Cisza. Naprawdę długa cisza. Słońce powoli zaczynało się chować, a niebo z niebieskiego zmieniło kolor na lekko pomarańczowe.
Clarie poczuła czyjeś palce na swojej dłoni. Odwróciła głowę, kiedy ktoś ją pociągnął do tyłu. Seth położył jej palec na ustach, mówiąc tym samym by była cicho. Dziewczyna zacisnęła usta w cienką linię. Spojrzała jeszcze przez chwilę na Xaverego i Sam, czarnowłosa odwróciła się w jego stronę i dopiero wtedy Claire dostrzegła rozmazany od łez makijaż. Sam zaczęła coś krzyczeć, ale była już za daleko by zrozumieć. Xavery stał, tylko stał i słuchał, pozwolił jej się wygadać. W końcu kiedy przestała go okładać pięściami z bezsilności, otoczył ją ramionami, mocno przytulając. Na sam widok Claire poczuła ciepłe uczucie w żołądku, co dopiero Sam. Odwróciła głowę w stronę Setha, który szedł w wyraźnie ustalonym przez siebie kierunku. Dziewczyna rozejrzała się po okolicy, znała tą drogę. Po chwili zmarszczyła brwi i zatrzymała się zapierając się nogami o podłoże.
- Nie chce! – Syknęła próbując wyrwać się z uścisku. Seth odwrócił się w jej stronę z wyraźnym niezadowoleniem.
- Clarie. – Głos miał głęboki i ciepły, ale, przynajmniej w tej chwili, twardy. Spojrzała mu prosto w niebieskie oczy, z walącym sercem.
- Wiesz co? Wal się. – Warknęła, co w cale nie pasowało do obrazu szarej myszki, którą ludzie w niej widzieli. – Gdy też tam mieszkałeś jakoś nie chciałeś tak prędko wracać.
- Ja to ja…
- Nie rzucaj mi tu jakimiś filozoficznymi tekstami. – Przerwała mu. Opuściła wzrok. Jakoś nie mogła patrzeć mu teraz w oczy. Uśmiechnęła się niewyraźnie. Paliło ją w gardle, a głowa bolała. Nie chciała stąd jeszcze iść. Nawet jeśli wiedziała, że jeśli nie wróci przed czasem to będzie źle. – Przyznaj. Chcecie się mnie pozbyć by iść szybciej do domu. – Wymamrotała z wyrzutem. Seth wywrócił oczami.
- Claire, znowu zaczynasz. Dobrze wiesz, że…
- Pewnie to świetne uczucie mieć rodzinę. – Wybąkała, co niesamowicie zdenerwowało chłopaka. Złapał ją za podbródek i zmusił do patrzenia sobie w oczy.
- Ty też masz rodzinę. My jesteśmy twoją rodziną.
- Akurat. – Wysyczała przez zęby i wyrwała się całkowicie. Najpierw szła, potem zaczęła biec. Nikt nie próbował jej zatrzymać. Pędziła mylącymi jej się drogami, zawracała, serce waliło jej jak młot, próbowała trzech różnych dróg zanim odnalazła tą właściwą. Starała się biec jak najszybciej, aby łzy w jej oczach nie miały możliwości spłynięcia po jej policzkach. To było smutne, z każdą myślą odczuwała niesamowity ból w klatce piersiowej.
Zatrzymała się, tuż przy metalowym ogrodzeniu. Włożyła w kraty smukła palce i zacisnęła je obserwując wielki dom. Wyglądał jak filmowa dekoracja, jak budynek z czasów fojny. Wysoki, nieco zszarzały i obłażący z farby, w kilku miejscach wręcz wypalony od słońca. Dom zdawał się być opuszczony i przerażający, chociaż ona wiedziała, że taki nie jest. No, może z tym drugim mogła się zgodzić. Bardzo późne popołudnie, parę osób z domów obok zdążyło już wrócić z pracy. Kilka samochodów połyskiwało karoserią w świetle zachodzącego słońca, kolory lakieru, lekko stłumione kurzem.
Było gorąco, wszystko ją bolało, pokłóciła się z Sethem i nie chciała wejść do własnego domu. To wszystko było jakieś beznadziejne.
Odetchnęła głęboko uspokajając się. Nienawidziła, kiedy ludzie z którymi się przyjaźniła kończyli osiemnaście lat. Zazwyczaj odchodzili oni z tego domu. Nie ważne gdzie, byle tylko się wynieść. Jasne, niektórzy wychodzili nawet wcześniej, tak jak Xavery i Seth. Jednak teraz ona nie miała na co liczyć.
- Hej… - Odezwał się dziewczęcy głos i ktoś dotknął jej łokcia. – Hej, coś się stało?
Clarie pisnęła i podskoczyła, o mało się nie przewróciła. Dziewczyna, która ją przestraszyła, złapała ją za ramię, żeby Clarie nie upadła, sama też była nieźle przerażona.
- Przepraszam! Boże,nie miałam pojęcia, że tak cię wystraszę. Słuchaj, nic ci nie jest?
Ta dziewczyna na pewno nie mieszkała w tym domu, nie wiedziała nawet czy mieszka w okolicy. Nigdy jej nie widziała. Była dziwna blondynka. Nie miała jednak miny pod tytułem „Jestem królową, liż mi stopy”, jak większość blondynek, jakie Clarie znała ze szkoły – ale miała idealnie ostrzyżone włosy i widoczny makijaż, oczy mocno podkreślone eyelinerem i tuszem, czarne zakolanówki, buty na obcasach i różową plisowaną spódniczkę.
- Czemu miałoby mi coś być? – Zapytała w końcu Clarie unosząc jedną brew. Nieznajoma blondynka położyła palec na dolnej wardze i kątem oka przyjrzała się staremu domowi.
- No bo tak stoisz ze smutną miną. – Zamyśliła się, jakby dobierając odpowiednio słowa. – Mieszkasz tu? Jeśli tak to się nie dziwie, że nie chcesz wejść. – Clarie nie odpowiedziała, po prostu stała. Znów utkwiła wzrok w mroku za oknem. Blondynka klepnęła ją w ramię, ale odeszła widząc, że ta nie ma zamiaru z nią rozmawiać.
Czego ona właściwie chciała? Może Clarie była zbyt podejrzliwa, ale jakoś nie mogła sobie wyobrazić by wyglądająca w ten sposób byle jaka blondynka zatrzymała się tylko dlatego, by spytać o samopoczucie.
Dziewczyna otworzyła zardzewiałą i skrzypiącą bramę. Kiedy tylko stanęła na terenie posesji poczuła to przerażające uczucie i wielkie zimno. Może i ogór wyglądał nawet znośnie, bo trawa była przystrzyżona, a kwiatki posadzone i otoczone kamykami. Jednak wciąż miało się wrażenie, że ten dom sam za siebie mówi, by się uciekało. Wchodząc na stopień prowadzący do drzwi Clarie poczuła nieprzyjemne dreszcze. Spojrzała czerwoną tabliczkę z czerwonymi literami umieszczoną na drzwiach.
„Dom Dziecka”
Zbladła po raz kolejny czytając ten sam napis. Dla niektórych mówił on tyle co nic, jednak w niej wywoływał wiele emocji. Uczucie strachu, porzucenia, a nawet i obrzydzenie. Była sierotą, chyba od zawsze. Nie wiedziała. Jedyne co pamiętała to właśnie ten dom, ciemny, straszny i w każdym stopniu okropny.
Po wejściu od razu wpadła na ostatnią osobę jaką chciała dzisiaj spotkać.
- Liadon. – Syknęła starsza kobieta. Była zła, ale niekoniecznie to okazywała. Alyssa Resal zawsze miała w sobie coś z królowej lodu. Jej skóra była blada, ale i wyglądała przez to na idealną i gładką. Blond włosy miała związane w porządny kok na górze głowy. Oczy, prawie puste, ale wciąż oceniające. Nie sposób odgadnąć, co czuła, jeśli w ogóle czuła cokolwiek. – Młoda damo, czy wiesz która jest godzina? – Zapytała.
Clarie odkrzyknęła próbując jakoś zyskać trochę czasu na wymyślenie dobrej wymówki.
Jednak myślenie nie było jej mocną stroną.
- Wie pani… - Zaczęła robiąc krok w tył. – Zależy jak na to spojrzeć. W innej strefie czasowej jest pewnie siódma rano. – Wyciągnęła rękę przed siebie i spojrzała na swój niewidzialny zegarek. – Tak wcześnie. – Ziewnęła. Już miała się ewakuować do pokoju, kiedy usłyszała głos pani Resal.
- Zatrzymaj się. – Rozkazała, a Clarie po prostu znieruchomiała. Czuła jakąś miażdżącą atmosferę i miała wrażenie, że zaraz dostanie ochrzan swojego życia. - To wcale nie była odpowiedź na moje pytanie. – Powiedziała ostro. Clarie udało się stanąć w typowej dla siebie pozie obronnej. Skrzyżowała ręce na piersiach i oparła całe ciało na prawej nodze, lewa była lekko zgięta i wystawiona do przodu. Kobieta, która jak to wiele razy się chwaliła, że ma studia z pedagogiki, zauważyła jej buntownicze zachowanie.
To nie mój problem, miała ochotę rzucić Clarie, ale zdołała się ugryźć w język.
Alyssa patrzyła na nią dłuższą chwilę, wzrokiem, którego dziewczyna nie mogła rozszyfrować. Wreszcie powiedziała:
- Nie jestem ciastkiem, by mnie lubić. – Stwierdziła. – Jednak trochę szacunku mi się należy.
- Proszę wybaczyć. – Dołożyła starań, żeby naprawdę brzmiała w tym skrucha. – Nigdy nie polubiłabym pani tak, jak ciastko.
W sierocińcu ludzie dzielili się na dwie grupy. Na tych, których pani Resal lubiła, albo chociaż tolerowała oraz na takich, o których śniła, by opuścili to miejsce. Claire przez większość czasu stąpała po granicy.
Dzisiaj chyba się wszystko wyjaśniło.
Twarz kobiety wreszcie ujawniła emocje – gniew.
- Skoro jeszcze zamierzasz pyskować, to nawet nie myśl o jutrzejszym śniadaniu. – Oświadczyła. Clarie milczała. To była jedna z umiejętności, która wychodziła jej wręcz doskonale.
Nie odzywasz się – nie masz problemów.
To była dobra zasada. I przeważnie działała.
Pani Resal, zdenerwowana jak nigdy zacisnęła palce w pięści i odwracając się na pięcie otworzyła drzwi do swojego biura. Clarie również się odwróciła, gdy zrobiła dwa kroki usłyszała subtelne trzaśnięcie drzwiami, które obudziło chyba cały sierociniec.
To nie tak, że Clarie była zła. Alyssa Resal była chyba najłatwiejszą do zdenerwowania osobą na świecie. Wystarczył mały paproch na jej niepokalanie białym, jedwabnym kostiumie ze spodniami, aby rozpętało się piekło. Pamiętała, jak kiedyś Seth męczył wszystkie dziewczyny serpentyną w spreju. Krzykami zainteresowała się pani Resal, która wyszła do nich. Clarie wtedy pierwszy raz wystraszyła się kobiety. Jednak przeraziła się bardziej na myśl, że zrobi ona coś Sethowi za zniszczenie jej ulubionej marynarki.
Dziewczyna otworzyła drzwi od pokoju i rzuciła rozwiązane boty pod łóżko. ściany pokryte były chyba najtańszą w sklepie farbą, która po wielu latach istnienia budynku wręcz schodziła. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym kroku, a dywan leżący na niej wydawał się zaraz rozwalić. Skoro już mowa o rozwaleniu, spanie na tych piętrowych łóżkach przypominało czasem walkę o życie. W pokoju były dwa właśnie takie piętrowe łoża. Clarie miała swoje miejsce na dole, czyli teoretycznie gdyby cała konstrukcja miała się zawalić, umarłaby albo doznałaby ciężkich obrażeń.
Słodko.
Trzy aktualnie puste miejsca należały do jakiś dziewczyn, które Clarie ledwo znała. Ogólnie mało ludzi znała z tego sierocińca. Zawsze spędzała swój czas z Sethem, Sam i Xaverym. Jednak teraz została sama. Bracia zostali adoptowani już kilka lat temu przez starsze małżeństwo, które chciało mieć dzieci, ale nie miało czasu oraz tyle sił aby je wychowywać. Starsi bliźniacy wydawali się wręcz idealni i z tego co słyszała, to nieźle im się żyło. Sam została z nią najdłużej, ale ze względu na charakter miała najgorsze relacje z dyrektorką, wyprowadziła się i to już w dniu urodzin.
Clarie nie miała sił nawet na szybki prysznic. Rzuciła się na łózko i chwile leżała twarzą dociśniętą do poduszki, aż nie zabrakło jej przez to tlenu. Odwróciła się na plecy, spoglądając na prawie połamane deski podtrzymujące materac nad nią. Westchnęła.
- To na pewno kiedyś na mnie spadnie. – Powiedziała do siebie i ponownie rozejrzała się po pokoju. Głupio byłoby gdyby ktoś słyszał jak gada do siebie. Chociaż, czy to miało, aż takie znaczenie? Traktowali ją jak dziwaka nawet i bez tego. Pytanie tylko: Czemu? Była normalna. Dobra, może nie miała idealnej twarzy, i figury jak modelka z katalogu Victoria’s Secret. Jednak wciąż, podobała się sobie i uważała za ładną. Brązowe włosy i zielone oczy koloru soczystej trawy.
Mogła się założyć, że w dawnych czasach uchodziłaby za ideał kobiety.
Pogrążona we własnych myślach nawet nie usłyszała jak koleżanki z pokoju podeszły pod drzwi. Gdy tylko je otworzyły ogarnęła się i przewróciła na bok w stronę ściany. Nie chciała z nimi rozmawiać, witać, robić czegokolwiek.
Te chyba też nie zwróciły na nią zbytnej uwagi i Clarie musiała zasnąć słuchając ich chichotów oraz rozmów.



Clarie obudziła się kiedy było jeszcze ciemno. Półprzytomna złapała za swój telefon schowany pod poduszką. Była trzecia. A ona była nienormalna. Kto do cholery budzi się o tej porze? Przetarła oczy, czuła się przymulona, ale jakoś nie chciało jej się ponownie iść spać. Usiadła na skrzypiącym łóżku, a światło z telefonu dodawało jej otuchy. Spojrzała na śpiącą naprzeciwko koleżankę, obserwowała jak jej klatka piersiowa powoli unosi się w górę, a następnie opada. Po minie stwierdziła, że musiało jej się śnić coś ciekawego. Na myśl Clarie przyszła tęsknota. Od wielu lat nie miała snów, po prostu w sekundę świat się zwężał, potem robiło się ciemno, i zasypiała. Noc nic dla niej nie znaczyła, była zwykłym czasem regeneracji sił na nowe jutro.
Przeniosła wzrok na okno. Błękitne niebo już dawno oblała granatowa farba nocy, a mieniące się gwiazdy obsypały ozdobnie krajobraz. Lato się kończyło i już niedługo miała się zacząć szkoła, pozostało już tylko kilka dni. Zsunęła się powoli z ciepłego łóżka dotykając bosymi stopami lodowatych paneli. Czuła, jakby coś ciągnęło ją do parapetu. Jakaś niewyjaśniona siła i chęć spoglądania w gwiazdy. Pośród wszystkich wielkich i migających światełek odnalazła jedno, słabe i samotne. Przypominało trochę ją samą. Odmienne, skazane na samotność.
I nie chodziło tu o jej przyjaciół.
Była sierotą, została opuszczona przez najbliższe jej osoby już od początku. Jej rodzice musieli mieć jakiś powód, ale dyrektorka nie chciała jej nawet powiedzieć jak się nazywali. Nigdy nie mówiła, chyba że oboje nie żyli. Martwy, znaczył nieważny. Jednak jej nie chciała nic powiedzieć, czyli chyba żyli. Oparła się plecami o ścianę po której po chwili zjechała. Schowała twarz w dłoniach opierając łokcie o kolana. Ścisnęła mocno swoje włosy, prawie je wyrywając. Nienawidziła tego, że jakaś cześć jej miała nadzieje. Miała to ciche pragnienie, że jej rodzice ją jednak kochają i kiedyś po nią przyjdą. Z ledwością powstrzymywała łzy przez wypłynięciem. Kogo ona chciała oszukać? Minęło już prawie siedemnaście lat. Oni nigdy nie wrócą. Zacisnęła zęby i pociągnęła mocno nosem próbując się uspokoić. Clarie bolała głowa, gardło i czuła, że ma opuchnięte oczy. Uniosła głowę dość wysoko by pomimo zasłaniającego parapetu zobaczyć granatowe niebo i swoją gwiazdkę.
Ale nie była już słaba. Była najjaśniejsza ze wszystkich.
Clarie gwałtownie wstała z podłogi i z zaskoczeniem przyglądała się zjawisku. W końcu musiała przymrużyć oczy, aby zobaczyć cokolwiek.
Momentalnie świat zniknął, rozbłysnął, a potem zrobiło się tak jasno, że nie widziała nawet pokoju. Zamknęła oczy, ale to w niczym nie pomogło, blask był zbyt oślepiający.


Poczuła dziwny smród spoconych mężczyzn.
Oszołomiona otworzyła gwałtownie oczy, kiedy powóz którym jechała natrafił na kamień i mocno podskoczył. Z zaskoczeniem spostrzegła, że jej normalne ciuchy zostały zastąpione jakimiś poszarpanymi szmatami, a nadgarstki związane liną.
- O nasza śnieżynka się obudziła. – Zażartował jeden z mężczyzn siedzący naprzeciwko. Clarie odsunęła się jak najdalej mogła od bruneta siedzącego obok, który parsknął pod nosem. – Z jakiej wioski cię przywiało? – Dziewczyna zawiesiła wzrok na umięśnionym, długowłosym blondynie. Wyglądał jak jeden z tych siłaczy w telewizji, albo jak jeden z wikingów, których pokazują w reklamach. Przez jego twarz, od prawego oka do lewego kącika ust, rozciągała się długa blizna.
Rozmyślania przerwał jej rżący koń.
Pisnęła i odruchowo przysunęła się do masywnego bruneta, po czym znowu zwiększyła odległość, jak to kultura nakazuje.
- Więc? – Zapytał ponownie blondwłosy. Clarie uniosła brew, jakby nie rozumiejąc czy pytanie jest kierowane do niej.
- Tak, chodziło mi o ciebie dziewko. – Odparł lekko zirytowany czekaniem na odpowiedź. Liadon spojrzała jeszcze raz na otoczenie. Las, prawdopodobnie iglasty oraz góry. To wcale nie przypominało jej domu, gdzie wszędzie były wielkie budynki i słychać było odgłosy samochodów. Jej twarz przybrała rozbawiony wyraz, po czym się roześmiała. Albo raczej przypominało to chichot. Zrozumiała, to musiała być ta „ukryta kamera”. Musiała przyznać, postarali się jeśli chodzi o otoczenie.
- Dallas, stan Teksas w Stanach Zjednoczonych. – Powiedziała wesoło obserwując zdziwienie malujące się na twarzach mężczyzn. Aktorów też mieli doskonałych, wyglądali na naprawdę zaskoczonych.
- Cóż, nigdy nie słyszałem o czymś takim. – Odparł brunet spoglądając na nią nieufnie. Wyglądali na zaniepokojonych obserwując jej wesołą twarz.
- Kiedy wysiadamy? – Zapytała. Była ciekawa czy będzie jak to zawsze w tych programach, pełno confetti i okrzyki. Blondyn jednak spojrzał z pewnym smutkiem na drogę. Już niedługo mieli dojechać do jakiegoś miasta otoczonego kamiennym murem.
- Pewnie już niebawem. – Westchnął ciężko. – Twoje życie musiało być wspaniałe, skoro masz taką minę, wiedząc co cię czeka. – Dodał tajemniczo. Powóz kolejny raz trafił na kamień. Przejechali przez bramę w grubym, kamiennym murze. Claire zawiesiła wzrok na grupie trzech stojących mężczyzn, mieli na sobie tą samą zbroje co powożący. Posiadali schowane w pochwie miecze przy pasie, a niektórzy nawet i łuki. Musiała przyznać, że wszystko wyglądało na strasznie realistyczne.
- Tato, co tu robi wojsko? – Zapytał mały chłopiec siedzący na werandzie jednego z kamiennych domów. Dziewczynę zaskoczył fakt,  że dachy były wykonane ze słomy i desek. Swoją drogą, zatrudnili nawet dzieci do tego całego przedstawienia, będzie miała co opowiadać Sam, ona lubiła takie akcje.
- Do środka. – Rzucił poddenerwowany ojciec zaganiając swojego syna do domu. W tym samym momencie pojazd zatrzymał się, a mężczyźni widocznie napięli mięśnie. Serce Clarie zabiło mocniej widząc niedaleko podest z dwójką ludzi wyglądających na kapłanów, a obok nich człowieka ubranego na czarno i z wielkim ostrzem w dłoni. Przełknęła ślinę, ulegając przerażającej atmosferze.
- Wychodzić! – Krzyknął nieznany jej męski głos. Popatrzyła na blondyna, który uśmiechnął się. Jednak ten uśmiech miał niewiele wspólnego z radością.
- Koniec drogi. – Odparł wstając z miejsca i wyszedł z powozu. Dziewczyna nie miała zamiaru zostać sama i chciała za nim podążyć, ale kiedy wyskoczyła, o mało się nie przewracając przez związane nadgarstki, została zatrzymana przez kobietę w ciężkim pancerzu.
- Tej chyba nie ma na liście. – Powiedziała ostro i zmierzyła Clarie wzrokiem.
To tylko ukryta kamera, nie daj się nabrać.
Ale jakoś nie mogła. Serce waliło jej jak oszalałe, a oddech momentalnie przyśpieszył. Kobieta w srebrnym hełmie uniosła jej podbródek, uważnie się przyglądając. Clarie spanikowała, a jej wzrok latał wszędzie, byle nie patrzeć w oczy nieznajomej.
- Nie wygląda na tutejszą. Ani na elfa, chociaż  nikt nie wie jakie magiczne sztuczki tam mają. – Rzuciła puszczając jej twarz i zwróciła się teraz do mężczyzny stojącego niedaleko powozu:
- Co robimy?
- Ty jesteś przywódcą, czy ja? – Warknął. – Nie mam pojęcia, skoro to nie elf to walnij ją razem z tymi buntownikami. Nie jest stąd, pewnie nikt jej nie będzie szukał. – Serce Clarie na chwile się zatrzymało. Zagryzła wargę. To już nie było zabawne. Otworzyła usta by coś powiedzieć i przerwać to wszystko, ale kobieta mocno popchnęła ją do przodu.
- Rusz się dzieciaku, nie mamy całego dnia. – Rzuciła. Liadon widząc, że oboje mają zamiar ją ignorować, głęboko wciągnęła powietrze.
- Nie radze. – Przerwał jej cicho blondyn. – jeśli tylko coś powiesz skończą to szybciej. – Właśnie tego potrzebowała! Chciała, żeby ta cała akcja się już po prostu skończyła. Nie było to zabawne, ani troche. Mimo to czuła, że powinna się zachować. Ustawiła się obok blondyna obserwując jak jedna z dwóch kapłanek wychodzi do przodu. Ostrze ubranego na czarno mężczyzny zabłyszczało, oświetlone przez słońce. Podczas kiedy ta głosiła jakieś kazanie, którego Claire w żaden sposób nie mogła zrozumieć poczuła lekkie dotknięcie łokciem.
- Wiem, że to słaby moment na przedstawienie się, ale nazywam się Lucan.
- Clarie. – Odpowiedziała ściszonym głosem czując jak nogi zaczynają jej drżeć.
- … I niech was Ayleid prowadzi. – Tymi słowami kapłanka zakończyła swoje przemówienie i zrobiła dwa kroki do tyłu.
- Ruszać się! – Krzyknęła kobieta w zbroi popychając bruneta stojącego obok Clarie. Tego samego, który siedział z nią i Lucanem w powozie. Mężczyzna westchnął przeciągle i flegmatycznym krokiem podszedł do dziwnego, drewnianego stołka z wnęką. Jednak zamiast na nim usiąść, jak to Claire miała nadzieje, że zrobi, uklęk przed nim i położył szyje w owe wgłębienie.
To była tylko sekunda. Ostrze zaświeciło w słońcu, a krew trysnęła. Claire upadła na drżące kolana. Obserwowała jak ciało mężczyzny bezwładne i bez głowy upada na bok. Wydała z siebie krzyk bez słów, pełen przerażenia, którzy rozszedł się echem po całej krainie. Bała się, cholernie się bała.
- Wygraliście! Kurwa, skończcie to! – Wrzasnęła zdzierając sobie gardło do krwi. Skuliła się i zaczęła płakać. Kobieta popatrzyła na nią z odrazą, po czym kopnęła ją w bok. Claire kaszlnęła, prawie się dusząc.
- Zostaw ją. – Warknął Lucan sam nie rozumiejąc dlaczego to robi. Czuł wewnętrznie, że musi się zająć tą leżącą na ziemi dziewczyną. Możliwe, że to wszystko przez sumienie.
- Nie zachowuj się jak bohater na własnym skazaniu za zbrodnie, Lucan. To brzmi komicznie. – Powiedziała z kpiną w głosie kobieta. Lucan zmarszczył brwi i splunął jej na buty.
- Przynajmniej chce kogoś chronić, a nie jak wy.  Cesarskie ścierwa. – Warknął. Kobieta spojrzała na niego z mordem w oczach po czym wyciągnęła miecz z pochwy. Lucan nie bronił się specjalnie, a na jego ramieniu pojawiła się cienka rana. Krew zaczęła się powoli sączyć i spływać po całej jego ręce.
- Skoro piesek tak głośno szczeka, to może pójdzie jako pierwszy? – Uśmiechnęła się, a mężczyzna współpracujący z kobietą złapał Lucana zanim ten zdążył zrobić cokolwiek. Claire podniosła głowę do góry i obserwowała jak Cesarski rzuca znajomego na kolana. Utkwiła wzrok w oczach kata i czasami dostrzegała w nim coś nieludzkiego. Zobaczyła jak z uśmiechem unosi ostrze, aby zakończyć żywot Lucana, który wyglądał jakby pogodził się ze swoim losem.
Claire zerwała się na równe nogi. Kobieta stojąca obok niej nawet nie wzięła pod uwagę takiej możliwości i nie była w stanie jej zatrzymać. Zaczęła biec, najszybciej jak mogła. Przeskoczyła nad lezącym mężczyzną i uderzyła w stojącego nad nim kata. Ostrze wymsknęło mu się z rąk, kalecząc i odcinając płat skóry na nodze dziewczyny. Claire wrzasnęła, odruchowo wyciągając dłonie w bolące miejsce. Zaczęła się zwijać z bólu, a plama krwi zaczęła rosnąć. Swoim zachowaniem wywołała niemałe zamieszanie. Mężczyźnie, który przyniósł Lucana, zajęło chwilę złapanie jej. Mimo to, w furii podsycanej czystą adrenaliną kopała, wrzeszczała, ale nic to nie dało. Kobieta z cesarstwa podeszła do niej i spojrzała prosto w zielone oczy.
- Swój do swego ciągnie. – Warknęła. – Skoro tak bardzo chcecie przedłużyć swoje żałosne istnienie zobaczymy jak porozmawiacie kiedy traficie do tutejszych koszar. – Odparła wykonując nieznany Claire gest. Mężczyzna, który trzymał ją przez cały ten czas rzucił ją w stronę żołnierzy, których widziała nie tak dawno przy bramie.
Od tego wszystkiego zakręciło jej się w głowie, zrobiło jej się niedobrze, była zdezorientowana, tak że kiedy rzucili ją na podłogę i zamknęli drzwi ciasnej klatki na klucz, była oszołomiona, żeby móc walczyć. Leżąc obserwowała jak żołnierze cieszą się, że dostali tak łatwe zadanie i wychodzili z uśmiechami na twarzy. Przysunęła się bliżej krat i złapała za nie swoimi drżącymi i zakrwawionymi dłońmi.
- Wracajcie! – Wykrztusiła, czując, jak gwałtownie ogarnia ją strach. Przecież to nie było możliwe, by tak po prostu zostawili ją, zakrwawioną i przerażoną. – Prawa człowieka! Nie możecie czegoś takiego robić! – Czując się coraz słabiej osunęła się koło żelaznych drzwiczek, trzęsąc się i dysząc.
- Ja też nie znoszę być zamknięty. – Powiedział Lucan siedzący w klatce obok. Spojrzał na zakrwawioną nogę dziewczyny i złapał za kawałek leżącej szmaty, prawdopodobnie po poprzednim więźniu. Gestem pokazał jej, aby wyciągnęła część ciała przez kraty, by mógł ją opatrzyć. Zrobiła to, ale wciąż mężczyźnie ciężko było zrobić cokolwiek ze związanymi nadgarstkami. – Ale wrzeszczenie na drzwi nic ci nie da, a mnie od tego boli głowa. – Jakimś cudem zawiązał materiał na jej nodze i delikatnie ją poklepał, na znak, że już może ją zabrać. Claire uderzyła głową w pręt przyglądając się zamkniętym drzwiom. Następnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Nic, tylko cztery ściany wyłożone kamieniami, dywan, jakieś drewniane krzesła, ale nie takie jak u niej w domu, one były z prawdziwego drewna. Po za tym widziała jakieś łóżka dla wojskowych, ale one również różniły się od tych które znała, wydawały się twarde i niewygodne, a zamiast kołdry była skóra zwierząt. Na stołach i we wnękach ścian porozstawiane zostały świece, które słabo oświetlały pomieszczenie.
Utkwiła spojrzenie w Lucanie, który zaczął przyglądać się kłódce na drzwiach.
Roześmiała się, całkowicie go rozpraszając.
- Czyli umrzemy? Super! – Nie wiedziała, czy ma się śmiać czy płakać. To wszystko wydawało się być jednym wielkim snem. Może, właśnie dlatego, że tak dawno ich nie miała, wydawały się być takie realistyczne. Na wszelki wypadek uszczypnęła się, by sprawdzić czy przypadkiem nie śni.
I tak jak myślała, nic się nie stało.
- Nikt dzisiaj nie umrze. – Powiedział Lucan, ale po chwili skrzywił się słysząc własne słowa. Przecież dopiero co umarł ten brunet, a miało ich być jeszcze więcej. – No dobra, my nie zginiemy. – Oznajmił. Claire podkuliła nogi i złapała się za włosy.
- I chcesz mi powiedzieć, że zrobisz co? Mamy związane ręce! ...I to dosłownie! – Powiedziała unosząc nadgarstki dla większego efektu. Lucan nie wydawał się być z tego powody przejęty. Odwrócił się i przeszukał lezące wokół szmaty. Znalazł jakiś biały patyk. Mężczyzna przyklęknął i z ukrytej wewnątrz płaszcza kieszonki wyciągnął coś przypominające drucik. Włożył obie rzeczy do środka kłódki i z precyzją chirurga zaczął nimi obracać, aby otworzyć zamek.
Nastolatka nagle wzdrygnęła się, a po jej ciele przeleciał nieprzyjemny dreszcz. Kiedy przyjrzała się bliżej białemu patyczkowi, dostrzegła że niewiele wspólnego miał on z drewnem. To była kość, a Claire modliła się, aby nie okazała się ludzka.
Zamek wydał z siebie charakterystyczny dźwięk, jakby ktoś przekręcił w nim klucz. Z dłoni Lucana natychmiast wypadł cały sprzęt, widocznie ręce od trzymania w ten sposób musiały go strasznie boleć. Kopnięciem nogi otworzył klatkę i powolnym krokiem ruszył w stronę stołu niedaleko łóżek. Wciąż się rozglądał, nie chciał zostać nagle zaatakowany. W stół wbity został trochę tępy sztylet. Lucan włożył go między nadgarstki i zaczął energicznie pocierać, aż lina w końcu została przecięta. Mężczyzna zaśmiał się zwycięsko rozmasowując czerwone miejsca.
Claire przysunęła się do drzwiczek, spoglądając z lekkim niepokojem na blondyna. Wciąż nie wiedziała, czy może mu ufać. Właściwie, to mógł w tej chwili uciec sam, zostawiając ją na pewną śmierć.
- Nie patrz tak na mnie Claire. Wiesz… - W jego głosie zabrzmiało zawahanie. – Albo lepiej znajdę jakiś klucz. – Oznajmił przeszukując stół i szafki. Dziewczyna złapała za pręty.
- A nie możesz po prostu zrobić tego samego co z tą kością i wytrychem?
Zmierzył ją przeciągłym, dziwnym spojrzeniem.
- W sumie, mógłbym. – Odparł podchodząc do krat i złapał za leżące na ziemi narzędzia. Claire odsunęła się lekko, aby nie przeszkadzać.
Dopiero teraz dokładnie mogła się przyjrzeć jego twarzy. Rysy jego twarzy były stężałe jak beton, jasnobrązowe oczy zimne, ale dostrzegała w nich odrobinę ciepła. Blizna, którą posiadał była naprawdę głęboka.
Nagle drzwi otworzyły się na oścież. Claire i Lucan wymienili się spojrzeniami kiedy rozcinał sznur na jej rękach. Dziewczyna najwyraźniej oczekiwała od niego zrobienia jeszcze czegoś, ponieważ przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, po czym zmarszczyła brwi i powiedziała:
- Ja nie mogę chodzić.
- Oj tam, dasz sobie radę. – Lucan machnął na to ręką i jedyne co zrobił to podał jej pomocną dłoń. Przyjęła ją, ale kiedy ją puścił i odszedł dwa kroki myślała, że zaraz zaliczy spektakularną glebę. Ledwo udało jej się złapać drzwi, które głośno zaskrzypiały.
Pocieszające było to, że strażnicy nie stali pod zamkniętymi drzwiami, inaczej mogliby to usłyszeć.
Oddychaj głęboko, powiedziała sobie Claire nie wiedziała, dlaczego jest tak bardzo zdenerwowana. Chociaż w sumie, wiedziała. Jakimś dziwnym, niewyjaśnionym sposobem znalazła się w jakimś szalonym miejscu, gdzie istnieje jeszcze coś takiego jak kara śmierci, którą miała dostać praktycznie za nic i szlaja się teraz z jakimś starszym facetem by przeżyć.
No przecież nie było czego się bać.
- A właściwie… - Zaczęła. – To kim ty jesteś i o co tu chodzi? – Zapytała, chociaż wiedziała, że to nie najlepszy moment. Lucan widocznie czegoś szukał, bo przy każdym kroku kopał w kamienie wyłożone na podłodze. Nawet na nią nie spojrzał.
- Słuchaj. Mam wrażenie, że jesteś jakby urwana… od rzeczywistości. Albo przestaniesz się zachowywać jak taka co nigdy nie walczyła, ani krwi nie widziała, albo się pogniewamy. – Powiedział ostrym tonem. Claire przełknęła głośno ślinę.
- Ale ja…
Lucan wszedł jej w słowo:
- O, znalazłem! – Krzyknął kopiąc dywan i odkrywając drewnianą klapę. Ze stołu wyjął stylet i schował go w pas spodni, a następnie chwycił krzesło i uderzył nim mocno o kamienną ściankę. Nóżki krzesła odleciały, schylił się po jedną i odłożył na stół. Wyciągając sztylet uciął dość spory kawałek własnej bluzki. Owinął materiał na jednym końcu drewnianej nogi i podpalił o jedną ze świec. Odwrócił się w jej stronę z pochodnią w dłoni, a ta dopiero teraz mogła dostrzec jego idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha dzięki wyciętemu skrawkowi. Odwróciła wzrok po kilku sekundach, jakoś nie była w stanie patrzeć dłużej.
- Ja naprawdę nigdy nie walczyłam, ani nie widziałam krwi. – Wydukała. Lucan zachował się jednak tak, jakby nie usłyszał i otworzył drewnianą klapę. Spojrzał na nią jeszcze raz. Ledwo trzymała się na jednej nodze. Ciężko westchnął i wymamrotał coś pod nosem. Podszedł do niej, odwrócił się i lekko przykucnął, pozwalając aby weszła mu na plecy. Claire widząc to poczuła się wyjątkowo nieswojo. Miło, że chciał pomóc, ale wciąż… to było trochę zawstydzające. Lucan musiał wyczuć jej wahanie, bo powiedział niebezpiecznie łagodnym głosem:
- Wskakujesz, albo cię zostawiam. – Nie musiał powtarzać dwa razy. Weszła mu na plecy i oplotła dłońmi szyje. Złapał ją jedną dłonią pod udo, a w drugiej dłoni trzymał pochodnie.
Pod klapą znajdowały się ukryte schody. Prowadziły one do kanałów, które służyły do ewakuacji ludzi w razie jakiegoś ataku. Przynajmniej tak jej powiedział Lucan podczas schodzenia. Dziwne, wiedział o wielu rzeczach i wydawało się jej, że znał tych ludzi z cesarstwa.
Kanały wcale nie przypominały tych, które Claire znała. Co wcale nie znaczyło, że w nich była. Po prostu w tym miejscu był to długi podziemny tunel, dość wilgotny. Woda nie lała się z żadnej fabryki czy rur, ona płynęła z małego strumyka, ponieważ Claire zauważyła małe światło na drugim końcu. Pewnie jakaś większa szczelina.
- Lucan...
- Siedź cicho. – Powiedział ściszonym głosem. – Są w tych kanałach stworzenia, które przerażą cię bardziej niż ścięta głowa. – Powiedział świecąc na boki pochodnią. Claire ścisnęła usta w cienką linię i pokiwała głową. Niezwykłe było usłyszeć od niego coś takiego. I bardzo niepokojące. Claire popatrzyła prosto przed siebie – czyli na nic, jako że przed nimi rozpościerała się kompletna ciemność. Bladą twarz Lucana i jego blond włosy oświetlał jedynie płomień pochodni. Nagle coś się poruszyło, zasyczało.
- Co to?! – Pisnęła. Nie chciała, samo jej się wyrwało, ujawniając nazbyt wiele z narastającego przerażenia, jakie czuła. Lucan spojrzał w stronę skąd słychać było dziwne odgłosy. Rzucił tam tępy sztylet, wszystko ucichło.
- W sumie to nic. – Odparł jakby właśnie zabił komara i ruszył dalej. Claire odruchowo zacisnęła palce na jego płaszczu. Ciągle oglądała się za siebie, upewniając się, że nikt nie postanowił ich śledzić.
Nikogo nie było.
Przemknęli dalej, zagłębiając się w dalszą część kanałów. W końcu tunel zaczął się zwężać, aż dotarli do drewnianych drzwi. Lucan lekko je otworzył i spojrzał do środka. Panował tam niesamowity hałas, a wszędzie chodzili cesarscy żołnierze. Mężczyzna ciężko westchnął i postarał się jeszcze przez moment rozejrzeć za czymś co pomogłoby im pójść dalej. Po prawej stronie od niego zauważył spory, wiklinowy kosz na ciuchy. Sięgnął po niego, co chwile przyglądając się żołnierzom. Jednak byli oni tak bardzo zajęci piciem, że nawet nie zauważyli kiedy jedna rzecz zniknęła.
Claire spojrzała do środka. Były tam same przepocone i śmierdzące ubrania żołnierzy. Skrzywiła się kiedy Lucan rzucił w nią jakimś lekkim, skórzanym ubraniem. Zaraz później ponownie wyjrzał za drzwi, aby znaleźć jakiś hełm czy cokolwiek.
- Ty chyba żartujesz. – Powiedziała ściskając w dłoniach przebranie cesarskiego żołnierza, które miała założyć.
- Nie. – Odpowiedział krótko, po czym przyłożył palec do warg, prosząc ją w ten sposób o ciszę, więc zamilkła. Tym razem musiał wejść trochę głębiej, ale i tym razem poszło łatwo. Widać pijacka impreza trwała w najlepsze.
Kiedy Lucan wrócił już chciał ściągnąć bluzkę i zacząć się przebierać, ale w tym samym momencie Claire odchrząknęła. Wykonała gest dłonią, aby się odwrócił.
- Ach. – Powiedział Lucan bezgłośnie i zrobił tak jak nastolatka chciała. W półmroku Claire nie mogła nawet dostrzec czy dobrze się ubiera, ale teraz to nie miało wielkiego znaczenia. Nie szła przecież na jakiś pokaz mody, tu chodziło tylko o to, żeby przejść niezauważenie obok żołnierzy.
Wciąż jednak miała nadzieje, że to tylko dziwny sen i niedługo się obudzi w swoim niewygodnym łóżku i włoży na siebie swoje wieśniackie ubrania.
- Już? – Zapytał już dawno przebrany Lucan. Dziewczyna popatrzyła na siebie, a następnie kiwnęła głową.
Mężczyzna otworzył drzwi zakładając jej w tym samym momencie lekko przyduży, żelazny hełm. Ruszyli dość spokojnie. Logiczne było to, że skoro mieli udawać żołnierzy to Lucan nie mógł jej nieść na plecach. Claire poruszała się powoli, oszczędnie gospodarując oddechem. Blondyn szedł obok, dotrzymując jej kroku i nie wymuszając na niej szybszego tempa.
Pierwsze minuty wydawały się być spokojne i nie zapowiadało się, aby ich przebrania miały nie zadziałać. Claire jednak wciąż czuła czyiś oddech na swoim karku. Serce waliło jej jak młot. Odnosiła silne wrażenie, jakby wchodziła coraz głębiej pułapki. Obejrzała się dookoła. Wszyscy zajęci byli piciem i rozmowami. Padło nawet kilka niecenzuralnych słów. Jednak wciąż, czuła tą dziwną atmosferę. Spojrzała na Lucana, ich oczy się spotkały.
On też to czuł.
- Kim wy jesteście? – Odezwał się jakiś mężczyzna niskim, jedwabnym głosem, który brzmiał gorzej niż ryk. Dziewczyna odwróciła się  panicznie w jego stronę. Lucan położył jej dłoń na głowie, zasłaniając twarz hełmem.
- Jesteśmy tu kontrolnie. – Odpowiedział blondyn z idealnie wyrobionym tonem głosu. Mówił tak, jakby już kiedyś zwracał się do innego towarzysza z wojska. Mimo to, Lucan nie przekonał wojskowego.
- Czy wy przypadkiem nie jesteście tymi skazańcami?! – Claire udało się spojrzeć przez hełm. Po raz pierwszy wzrok mężczyzny spoczął na niej, a ją ogarnął prawdziwy strach. Było w tym człowieku coś naprawdę okrutnego, coś, co ledwo mogła pojąc.
- Czyli czas na plan B. – Oznajmił Lucan łapiąc zdezorientowaną Claire na ręce i zaczął biec przed siebie ile sił w nogach. Jednak żołnierze dość szybko zareagowali na rozkaz jednego z nich i ruszyli za nimi, kilku stanęło im na drodze. Zostali otoczeni.
- No i jaki masz teraz pomysł, geniuszu? – Warknęła.
- Dziękuje za komplement. – Uśmiechnął się nieznacznie, nie odwracając wzroku od stojących przed nimi żołnierzy. Jego głos brzmiał łagodniej, niż oczekiwała dziewczyna. Lucan szybkim ruchem sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej jakiś zwój, który następnie rzucił pod siebie i rozdeptał.
- Niszczysz literaturę? Koleś, zdecydowanie jesteś zły, teraz pewnie zaczną uciekać. – Rzuciła sarkastycznie po czym ze zdumieniem obserwowała jak żołnierze rzucają broń i chowają się ze strachu.
Przez moment Claire najwyraźniej nie wiedziała, o co właściwie chodzi, potem dostrzegła rysujący się pod nimi ognisty krąg. Szerzej otworzyła oczy, przez jej twarz przemknęło coś na kształt zgrozy. Intuicja ostrzegła przed niebezpieczeństwem, ale Claire starała się myśleć pozytywnie. Spokojnie, może to coś dobrego.
Za cholerę coś takiego nie mogło być dobre.
Kiedy krąg skończył się rysować ogień po prostu wybuchł w całym pomieszczeniu. Claire drżąc słuchała krzyków żołnierzy. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu , które zmusiło mięśnie do napięcia. Zacisnęła palce na ubraniu blondyna i zaobserwowała na jego twarzy ten sam ból, szybko ukryty pod obojętną, starannie wystudiowaną maską.
- Skończ to! – Wrzasnęła czując jak łzy napływają do jej oczu. Słyszała to cierpienie. Słyszała jak ci ludzie umierają. – Oni giną! – Lucan obrzucił ją bystrym, trudnym do rozszyfrowania spojrzeniem. Dopiero po chwili powiedział:
- Albo my, albo oni, Claire. – Wydawał się właściwie spokojny, ale Liadon zauważyła napięte mięśnie szczęk i spojrzenie w bok, jakby na nowo przeżywał jakieś złe wspomnienie. Claire jednak nie mogła tak jak on, stać i słuchać tych jęków. Jej ręce trzęsły się tak bardzo, że ledwo mogła nad nimi zapanować. Zasłoniła usta i w miarę możliwości skuliła się.
A kiedy płomień przygasł, znów zrobiło się ciemno i ponuro. Claire wsłuchiwała się w mocne, szybkie bicie serca mężczyzny, z głową na jego piersi. W powietrzu unosił się swąd spalonych ciał. Zrobiło jej się niedobrze. Schowała twarz w dłoniach, cała się trzęsąc. Nie rozumiała, tak nie powinno się robić. Nawet jeśli oni chcieli ich zabić, zawsze musiał być inny sposób. Mogli porozmawiać, jak cywilizowani ludzie. Po za tym, przecież istnieje coś takiego jak prawo, prawda?
Nie, tu chyba nie istniało.
 Claire poczuła nagle, że dławią ją łzy. Kiedy zdjęła ręce z twarzy musiała kilka razy zamrugać, ponieważ znaleźli się przy jakiś wielkich drzwiach. Nie były ani trochę podobne do tych, co wcześniej. Były zdecydowanie większe, solidniejsze. Tak jakby… były wyjściem. Lucan położył ją na jakimś kamieniu, a ta jeszcze raz pociągnęła nosem. Mężczyzna zamarł, wpatrując się w nią. Był zdezorientowany i nie rozumiał, jak można wylewać tyle łez ludzi, którzy chcieli ją zabić.
No ale nie mógł tak stać i nic nie zrobić.
Pogładził ją po głowie, a ta spojrzała na niego. Schylił się, ujmując jej ręce w swoje szorstkie dłonie.
- Uspokój się teraz. – Powiedział głosem pełnym cierpliwości. – Nie są warci, byś po nich płakała.
- Ale…
- Nie są. – Twarz Lucana przybrała zacięty wyraz twarzy. Claire niechętnie przytaknęła. Jej żołądek doznał skurczu, zacisnęła usta w cienką linię próbując po raz kolejny się nie rozpłakać. Czuła się… Nie wiedziała, jak się czuje. Było jej źle. Chciała z kimś porozmawiać, ale z Lucanem nie mogła, nie o tym, on nie zrozumiałby, tego na pewno by nie zrozumiał. Westchnęła. Gdyby chociaż był tu Seth, albo Sam.
Na samo wspomnienie ich imion ogarnęło ją uczucie tak gwałtowne, że zapiekły ją oczy, a gardło zabolało od skurczu, i przez sekundę nie wiedziała nawet, co to jest, dopóki jej wolno pracujący umysł nie zaskoczył.
To była tęsknota.
Lucan wyprostował się, ale wciąż był blisko niej. Przyglądał się właśnie wielkim drzwiom, które na pewno nie służyły jako przejście dla ludzi. To było bardziej jak dla jakiegoś olbrzyma. Sam na pewno nie da rady ich otworzyć. Po raz kolejny przeszukał kieszeń. Uśmiechnął się wyciągając kolejny zwój.
Nie musiał ich otwierać sam.
Claire drgnęła i gwałtownie usiadła wyprostowana, gotowa do ucieczki widząc kolejny zwitek papieru. Zauważyła uśmiech na jego twarzy i miała ochotę biec ile sił w nogach, jak najdalej od niego. Po tym co zobaczyła, nie wiedziała, czy może się czuć tak pewnie.
Lucan rozwinął papier i rzucił nim w jakieś miejsce. W tym samym momencie, przedmiot zapalił się małym ogniem i pojawiła się dziwna istota, o czerwonym umarszczeniu. Zdecydowanie przypominająca diabła.
Serce Claire zatrzymało się, bała się tego czegoś.
Ale chyba bardziej bała się, że Lucan każe ją zaatakować.
- Otwórz te drzwi. – Polecił. W jego głosie pobrzmiewał ton twardszy, niż przywykła u niego słyszeć, a jego twarz była śmiertelnie nieruchoma.
Istota kiwnęła głową i wykonała rozkaz, zajęło jej to zaledwie sekundę, a następnie bez słowa zniknęła.
Claire zamrugała, jakby wciąż nie mogąc zrozumieć co się właściwie stało. Zaczerpnęła kilka głębszych haustów zimnego powietrza, które akurat wleciało przez otworzone wrota. Zrobiło się jej trochę lepiej, ale tylko trochę.
Lucan strzelił palcami przed jej nosem szybkim, zwięzłym ruchem, któremu towarzyszył dźwięk przypominający grzechot kości. Widocznie zadziałało, bo Claire na moment wyglądała na pobudzoną. Schylił się po raz kolejny, chcąc wziąć ją na ręce. Tym razem jednak wzdrygnęła się czując jego dotyk na skórze. Była spięta i zdenerwowana.
Przymrużyła oczy, kiedy światło słoneczne oślepiło ją. Kiedy jednak zamrugała, przyzwyczajając wzrok, zaparło jej dech w piersiach. Ten widok, te wszystkie góry i lasy. Cały otaczający ich teren. Ptaki śpiewające własną pieśń. Żywy lis polujący na wolno biegającą mysz.
Tego nie dało się zobaczyć na co dzień w Dallas.
- Witaj w Shelltern, Claire.


Droga do wioski w której mieszkał Lucan zdawała się nie mieć końca, jednak udało im się, a bardziej blondynowi, ponieważ to on niósł dziewczynę przez całą drogę. I mimo, że byli tak blisko siebie, ledwo zamienili kilka zdań. Claire wciąż żyła wszystkim co stało się w mieście, w którym urzędował mniejszy oddział wojska Cesarskiego.
Kiedy dotarli pod drzwi, było już późno. Lucan postawił dziewczynę na ziemi i chciał już otworzyć dom kluczem, kiedy wejście samo się otworzyło, a w progu stanął czarnowłosy mężczyzna. Niesprawiedliwe byłoby go nazwać ładnym, bo był piękny – z przydługimi czarnymi włosami, które jakoś wyglądały idealnie, ze słabo czerwonymi oczami, wpadającymi w brąz. Bladość nadawała jego twarzy wygląd kości słoniowej, a kiedy stał nieruchomo, tak jak teraz, przypominał klasycznego szlachcica, jakich Claire widziała na obrazach w muzeum.
A dzięki blasku księżyca dostrzegła coś jeszcze.
Ostre kły.
Spojrzała w panice na Lucana. Ponieważ wrogi wzrok skierowany był bezpośrednio przeciwko jej towarzyszowi.
- Zostawiłeś mnie, wieśniaku. – Odparł nieznajomy. Lucan westchnął ciężko.
- Ciebie również miło widzieć, Azel. – Rzucił wchodząc przez drzwi obok niego. Claire w ciszy podążyła za nim. W tym samym momencie czarnowłosy spojrzał na nią po raz pierwszy. Jego oczy błysnęły nagle jaskrawym szkarłatem. Claire wypuściła powietrze z płuc. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymała oddech.
- Przyniosłeś jedzenie jako przeprosiny? Czuje beznadzieją grupę krwi. – Powiedział zamykając drzwi za sobą i skrzyżował ręce na piersi opierając się o drewno.
Niespodziewanie w Lucanie wezbrał się gniew.
- Czy przed chwilą nie powiedziałeś, że chcesz ją ugryźć? Cholerny wampir.
Azel zamarł, wpatrując się w nich.
Świetnie, pomyślała Claire. Bezprawie, ludzie zabijający, bo tak im się podoba, wampiry. Było kilka wytłumaczeń, albo ona oszalała, albo to ten świat zwariował. 
- O nie, nie, nie. Powiedziałem przecież: Beznadziejna grupa krwi. Nawet patykiem bym jej nie tknął, więc się nie bój. – Uśmiechnął się smutno, lekko maniakalnie.
Claire uniosła brew obserwując jak wampir rozsiadł się w wygodnym fotelu, głośno się przeciągając.
- Czy on mnie właśnie obraził? – Zapytała, a Lucan wzruszył ramionami.
- Nie przejmuj się, on tak ma. – Jakoś nie bardzo przypadł Claire do gustu.
Dom wyglądał zdecydowanie inaczej, niż dziewczyna mogła sobie wyobrażać. Tak samo jak wcześniej, zbudowany był z kamienia, a sufit pył połączeniem desek i słomy. Na środku ściany, przed dywanem z prawdziwej zwierzęcej skóry, stał zapalony kominek. Obok niego dwa wielkie fotele. Gdzieś obok stała ława z krzesłami, a na niej porozwalane jedzenie. Na ścianach nie było nic, oprócz jednego obrazu. Claire podeszła do niego i zauważyła kobietę, ubraną w piękną, szkarłatną suknie i małą dziewczynkę obok niej, na oko miała może z pięć lat.
Nagle usłyszała trzaśnięcie drzwiami.
Lucan zszedł po jakiś schodkach, przypominających zejście do piwnicy.
- Niby szczęśliwe, a jednak po spojrzeniu ogarnia cię dziwny smutek, prawda? – Powiedział Azel wyciągając dłonie do ogniska. Claire otworzyła szerzej oczy. Czuła się jakoś nieswojo będąc z nim sama w pokoju. Słabe światło oświetlało jego bladą twarz, która wydawała się być przez to jakaś żywsza. Dziewczyna znów zawiesiła wzrok na obrazie.
- Kto to? – Zapytała. Azel przymrużył oczy.
- Rodzina. Żona i córka Lucana. – Odparł z dziwnym smutkiem w głosie. Claire rozejrzała się jeszcze raz po domu. – Zanim zapytasz. – Wyprzedził ją, zanim zdążyła otworzyć usta. – Nie żyją.
- Oh. – Powiedziała bezgłośnie. Claire jakoś odruchowo zrobiła dwa kroki do przodu, potem trzy, a następnie usiadła trochę niezgrabnie na drugim fotelu. Wampir uśmiechnął się, ale jakoś niewesoło.
- Wyglądam jak człowiek, ale w każdej chwili mogę cię zabić. Wystarczyło bym się uśmiechnął i już do mnie podchodzisz. Jesteś bardzo naiwna. – Mruknął. Wyglądał trochę…dziwnie. Taki bez życia i osamotniony.
- Cóż… Dopiero przybyłam do tego świata. – Stwierdziła.
- I on cię zniszczy, jeśli dalej będziesz taka jak teraz.
- I tak długo w nim nie będę. - Odpowiedziała z pewnością, marszcząc przy tym brwi.
- Jesteś tego pewna? - Uśmiechnął się, pokazując szereg śnieżnobiałych zębów. Claire przełknęła głośno ślinę. 


4 komentarze:

  1. Takie zajebiste! Jakie długie! Ile to ma słów?! Po prostu wooow!
    Za dużo wykrzykników, ale cóż... naprawdę wspaniały prolog. Wciągnęłam się w tą historię. Czekam na next, pozdrawiam i weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne! I bardo długie, co jest kolejnym plusem. Bardzo mi się spodobał ten prolog, czasem były momenty w których postawiła bym przecinek, ale poza tym jest wspaniale. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy Claire :)

    / Scarlett

    OdpowiedzUsuń
  3. To było : wow. Czy będzie pierwszy rozdział ?

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy ten blog został porzucony? Czemu nie ma rozdziałów? Ouh chcę więcej bo jest mega

    OdpowiedzUsuń